:: Artykuły i ciekawostki »

" Kraków w latach 1918-1928 "
Żródło: " Dziesięciolecie Polski Odrodzonej ".
Kataklizm wojny, zmienione zupełnie stosunki polityczne i spowodowany tem kryzys gospodarczy tworzył dal odbudowy miasta warunki niezwykle ciężkie i trudne. Mimo piętrzących się trudności, Kraków zdołał o własnych niemal siłach przeżyć te czasy względnie obronną ręką i rozwiązać zadania swe, jeżeli nie w zupełności po myśli swych potrzeb i zamierzeń, to w każdym razie nadspodziewanie szczęśliwie

Przystąpiono przedewszystkiem do odbudowania zniszczonych w czasie wojny nawierzchni dróg, naprawiano zniszczone bruki i chodniki i przywracając stan przedwojenny, rozpoczęto dalszą rozbudowę sieci dróg brukowanych i sieci kanalizacji, zwłaszcza na terytorjach dzielnic przyłączonych. Wobec znacznego zapotrzebowania rozszerzono i powiększono blisko podwójnie sprawność Elektrowni przez zakup nowego turbogeneratora, rozbudowano sieć kablową i sieć transformatorów, w tym stopniu powiększono również Gazownię miejską przez budowę dwóch nowych piecowni jako też rurociągi, rozszerzono znacznie Wodociąg miejski, budując nowe zbiorniki i filtry. Rok rocznie przybywało miastu kilka kilometrów nowych dróg i kanałów, w tymże stosunku rosła długość sieci oświetlenia elektrycznego, gazowego, rurociągu wodociągowego i sieci kanałów. Publiczne oświetlenie elektryczne, które do niedawna posiadało tylko śródmieście, rozbudowuje się na dzielnice sąsiednie i na dzielnice przyłączone, dochodzące w głównych arterjach komunikacyjnych aż do granic miasta.
Kataklizm wojny, zmienione zupełnie stosunki polityczne i spowodowany tem kryzys gospodarczy tworzył dal odbudowy miasta warunki niezwykle ciężkie i trudne. Mimo piętrzących się trudności, Kraków zdołał o własnych niemal siłach przeżyć te czasy względnie obronną ręką i rozwiązać zadania swe, jeżeli nie w zupełności po myśli swych potrzeb i zamierzeń, to w każdym razie nadspodziewanie szczęśliwie.


Powoli, ale celowo rozbudowuje się koleje linji elektrycznej, doprowadzając wyloty ich do krańców miasta w ulicy Kalwaryjskiej i Kazimierza Wielkiego, urządzono najlepszy dworzec dla ruchu samochodowego w śródmieściu, oraz połączono wszystkie gminy podmiejskie linjami autobusowemi. Analogiczną troskę poświęcił Zarząd miasta połączeniu obu brzegów Wisły budując w miejsce dawnego mostu im. cesarza Franciszka Józefa nowy most drewniany, adaptując w tym czasie dla ruchu kołowego i pieszego stary most dębnicki, przystępując wspólnie z Rządem do budowy czwartego mostu, łączącego ulicę Krakowską z ulicą Legionów. Budynki szkół powszechnych, których większość mieściła się w czasie wojny szpitale wojskowe, trzeba było poddać gruntownemu odczyszczeniu, odkażeniu i odnowieniu, inwentarz szkolny wymagał naprawy i uzupełnienia. - I jedno i drugie dokonano z funduszów bieżących, przeprowadzając w szeregu budynków poważne inwestycje, jak instalacje światła elektrycznego, zaprowadzenie łazienek, budowę sal gimnastycznych, klozetów spłókiwanych, umywalni itd. Zaniedbane siłą rzeczy w latach wojny Plantacje, ogrody, parki i skwery miejskie, oraz cmentarze gminne wymagały regeneracji trawników, regeneracji drzew i krzewów. Ostatnie dopiero lata pozwoliły Zarządowi Gminy na podjęcie intensywniejszych prac w kierunku usunięcia istniejących braków i niedomagań. Postępy są znaczne. Regeneracja trawników i krzewów na Plantach prowadzona od lat kilku jest prawie na ukończeniu, park Wolski rozbudowuje się z każdym rokiem i dziś już służy jako miejsce przechadzek i wycieczek mieszkańców miasta. Położono podwaliny pod założenie przyszłego parku w Dębnikach przez zalesienie tamże Krzemionek, przeprowadza się zalesienie Krzemionek w Podgórzu, rozszerzono park im.Prof.H.Jordana, park im.W.Bednarskiego na Krzemionkach, zregenerowano a właściwie założono ponownie skwer plantacyjny na ulicy Dietla, zregenerowano Plantacje nad Wisłą w Podgórzu, założono szereg skwerów ulicznych, jak na placu Kazimierza Wielkiego, na placu przed Pocztą, na ulicy Retoryka, zasadzono kilka tysięcy drzew na ulicach, w ostatnim roku przystąpiono do założenia drugiego pierścienia Plantacyj w Aleji Trzech Wieszczów. Równolegle z pracami około upiększenia miasta Gmina przeprowadziła regenerację zadrzewienia cmentarzy, które uporządkowano, zakładając nowe ścieżki, trawniki, zarządzając odnowienie grobowców i nagrobków. Stagnacja ruchu budowlanego przez okres lat bezmała dziesięciu stara się Gmina przeciwdziałać, budując we własnym zarządzie od lat kilku rokrocznie szereg domów czynszowych o małych mieszkaniach i baraków dla najbardziej potrzebującej ludności, nadto popierając każdą inicjatywę prywatną. W ciągu ostatnich lat czterech wybudowano 1000 ubikacyj mieszkalnych. W ostatnich latach nastąpiło w tej dziedzinie znaczne ożywienie. Miasto zaczyna dość silnie zabudowywać. Zabudowuje się przedewszystkim dzielnica Nowa Wieś i Krowodrza, okolice parku Krakowskiego i Aleji Słowackiego, zabudowuje się Nowy Świat wzdłuż Aleji Zygmunta Krasińskiego i ulica Starowiślna. W dzielnicy Piaski-Grzegórzki powstają dwie obszerne kolonje willowe, rok rocznie Rada miasta reguluje nowe tereny, a Gmina dla umożliwienia ich zabudowań przystępuje do budowy nowych dróg i ulic. Pielęgnując tradycje, Gmina miasta popiera wszelkimi dostępnemi środkami rozwój nauki i kultury w mieście. Kraków posiada około 40.000 uczącej się młodzieży, 100 szkół powszechnych i dopełniających przemysłowo-handlowych, kilkanaście zakładów średnich ogólno kształcących i zawodowych, męskich i żeńskich, dwa Seminarja nauczycielskie męskie i żeńskie, Szkołę przemysłową męską i żeńską, oraz cztery wyższe uczelnie naukowe, a to Wszechnicę Jagielońską ze Szkołą Nauk Politycznych, Akademję Górniczą, Akademję Sztuk Pięknych i Wyższe Studjum handlowe. Gmina założyła własną Szkołę Gospodarstwa domowego i Szkołę dramatyczną o typie szkół średnich. Szkoły powszechne i dokształcające, szkoły przemysłowe i handlowe mieszczą się w budynkach miejskich. W budynkach miejskich mieści się również Szkoła ekonomiczno-handlowa. Kraków jest poza tem siedzibą Polskiej Akademji Umiejętności. W dziedzinie kultury i sztuki Zarząd miasta powiększa i kompletuje zbiory Muzeum Narodowego, rozszerzone w ubiegłym dziesięcioleciu fundacjami Feliksa Jasieńskiego, Erazma Barącza, by wspomnieć tylko najważniejsze, i wielu drobnieszemi darami. Działalność Muzeum Przemysłowego stale się rozszerza, rozwijają się warsztaty i oddziały naukowe, w ostatnich latach urządzono drukarnię artystyczną. Powrót normalnych stosunków gospodarczych postawił na porządku dziennym kwestję rozbudowy miasta. Ustawodawstwo polskie w dziedzinie opieki społecznej, która przed wojną ograniczała się wyłącznie do pieczy nad ubogimi w ścisłem tego słowa znaczeniu, nałożyło na miasto daleko idące obowiązki i ciężary. Opieka dzisiejsza, oprócz pieczy nad ubogimi właściwymi, obejmuje też pieczę nad dzieckiem, matką karmiącą, młodzieżą i inwalidami, bezrobotnymi, włóczęgami itp. Obowiązki Gminy wzrosły w tej dziedzinie nietylko jakościowo ale i ilościowo, prawo bowiem opieki ze strony miasta istnieje już po roku pobytu w Gminie. Wycieńczenie fizyczne ludności wskutek udziału we wojnie i niedoborów aprowizacyjnych wymagało specjalnej pieczy nad życiem i zdrowiem ludności. Zawleczone do miasta choroby epidemiczne Zarząd miasta szczęśliwie i szybko zlikwidował. Dla walki z gruźlicą wybudowała Gmina w ostatniem dziesięcioleciu Zakłady Sanitarne, obejmujące Sanatorjum dla chorych dotkniętych gruźlicą i oddział chorób zakaźnych, liczące łącznie około 300 łóżek, urządzone według najnowszych wymagań wiedzy. W tymże czasie uruchomił Zarząd miasta bezpłatne Ambulatorjum dentystyczne dla młodzieży szkolnej i takież Ambulatorjum elektroterapeutyczne. Ambulatorja te łącznie z obecnie urządzanem Ambulatorjum dla chorób ocznych i dla chorób wenerycznych, oraz łącznie z istniejącemi już a subwencjonowanemi przez Gminę Poradniami dla gruźlicznych i dla matek stanowić będą krakowski ośrodek zdrowia. Działalność w tym kierunku uzupełniają istniejące towarzystwa, kolonje i półkolonje wakacyjne o charakterze częściowo leczniczym, częściowo wypoczynkowym, prowadzone przy poparciu Gminy. Zarząd Gminy współdziała wybitnie w akcji wychowania fizycznego młodzieży. W pełnem zrozumieniu jej doniosłości umożliwiła Gmina organizacjom wychowawczym i sportowym pobudowanie boisk sportowych i stadjonów. Przystąpił też Zarząd miasta do zmodernizowania czyszczenia miasta przez zmechanizowanie Zakładów czyszczenia miasta, zakupując około 50 wozów samochodowych dla mycia, zamiatania i skrapiania ulic i wywozu śmieci. Kraków należy dziś bezsprzecznie do najczyściej utrzymywanych miast w Polsce. Do estetycznego wyglądu miasta przyczyniła się także podjęta w ostatnich latach intensywna akcja Zarządu Gminy w kierunku odnawiania fasad budynków i usunięcia drewnianych a szpecących architekturę miasta portali i gablotek. W ciągu ostatnich lat przeszło 1000 fasad zostało odnowionych, paręset portali zniesiono i przebudowano. Odkryto przytem i zakonserwowano szereg niezwykle ciekawych fragmentów dawnych portali. Nad utrzymaniem architektonicznego charakteru miasta i nad ochroną zabytków czuwa Rada Artystyczna miasta, a o ile idzie o sprawy drobniejsze, istniejąca przy Muzeum Przemysłowem Poradnia artystyczna. Obie instytucje złożone z wytrawnych znawców historji, sztuki oraz architektury Krakowa oddają znakomite usługi.

"Nieznanemu żołnierzowi."

:: Artykuł pochodzi z magazynu kulturalnego "Kraków" 3/31/91. Autor artykułu - Czesław Skiba
Zapoczątkowany w 1920 roku we Francji Kult Nieznanego Żołnierza szybko rozpowszechnił się wśród narodów, które przelały krew w I wojnie światowej. Grób Nieznanego Żołnierza w Warszawie powstał dopiero w 1925 roku, a uroczystości złożenia w nim prochów nieznanego żołnierza polskiego odbyły się w Dniu Zadusznym- 2 listopada tegoż roku. Zwłokę tę wywołała zarówno spuścizna zaborów i wojna polsko-bolszewicka, ale także pewna opieszałość organizacyjna. Pierwszy oficjalny komitet budowy pomnika Nieznanego Żołnierza został powołany przez prezydenta Stanisława Wojciechowskiego w 1923 roku. Niestety, nie wykazał się on zdecydowaniem. Znalazło to swój oddźwięk. Zniecierpliwione tym społeczeństwo zareagowało swoistym protestem: rankiem, 2 grudnia 1924 roku, obiegła Warszawę wieść, że nocą złożona została anonimowo u stóp pomnika ks.Józefa Poniatowskiego na placu Saskim kamienna płyta ku czci Nieznanego Żołnierza. Od pierwszej chwili na płycie składane były kwiaty, wieńce, zapłonął znicz. Pełniono też okolicznościową wartę honorową. Nie koniec na tym: kilka dni później 60 organizacji społecznych utworzyło komitet obywatelski budowy pomnika Nieznanego Żołnierza. Presja na władze państwowe przyniosła oczekiwane skutki. Rada Ministrów na wniosek ministra spraw wojskowych gen. Władysława Sikorskiego postanowiła wznieść Grób Nieznanego Żołnierza pod arkadami pałacu Saskiego w Warszawie.
Powstał nowy Komitet. Realizację przedsięwzięcia powierzono Ministerstwu Spraw Wojskowych, zaś kierownictwo objął gen. Władysław Sikorski. Prace ruszyły. 4 kwietnia 1925 roku odbyło się uroczyste losowanie pobojowiska, z którego mają być wzięte prochy poległego nieznanego żołnierza polskiego. Z pietnastu - wytypowanych przez Biuro Historyczne Sztabu Generalnego WP - wylosowane zostało pobojowisko lwowskie. Pierwotny termin uroczystego złożenia prochów Nieznanego Żołnierza w grobowcu pod kolumnadą pałacu Saskiego wyznaczono na dzień 3 maja 1925 roku. Mimo prowadzonych prac przy urządzaniu Grobu Nieznanego Żołnierza w Warszawie, zapoczątkowana w grudniu 1924 r. idea składania płyt ku czci Nieznanego Żołnierza szybko i nieoczekiwanie rozpowszechniła się w całym kraju. W marcu 1925 roku odbyła się uroczystość poświęcenia płyty Nieznanego Żołnierza w Łodzi, w kwietniu złożono płytę w Kielcach, a 3 maja złożono hołd Nieznanemu Żołnierzowi w Radomiu i Lwowie. Pod koniec maja płytę otrzymał Przemyśl. Z wyjątkiem Łodzi, płyty Nieznanego Żołnierza składane były na wzór Warszawy: w nocy i anonimowo. Kolejna płyta poświęcona czci Nieznanego Żołnierza złożona została w Krakowie, ale w tym przypadku wydarzenie poprzedziła osobliwa rywalizacja. 8 czerwca 1925 roku ukazała się w dzienniku "Goniec Krakowski" redakcyjna notatka pod znamiennym tytułem "Niech Kraków ufunduje wreszcie płytę Nienznanego Żołnierza". Czytamy w niej: "Zabierajmy głos w sprawie, o której dłużej już milczeć nie można. Kraków, dawna stolica Polski (...) z przesławnym Rynkiem, na którym leży płyta Kościuszki - nie ufundował do tej pory Nieznanego Żołnierza (...) Jeśli płyta nie została ufundowana dotąd sumptem nieznanego ofiarodawcy prywatnego, niechże ją ufunduje nieznana skromna rzesza społeczeństwa. Rzucamy myśl! Otwieramy listę składek. Pierwsze ofiary już wpłyneły. Pragniemy, aby Kraków w przeciągu kilku dni zdobył się na spełnienie swego zaniedbywanego obowiązku (...) Płyta Nieznanego Żołnierza powinna być złożona na Rynku Krakowskim 28 czerwca, w szóstą rocznicę Traktatu Wersalskiego (...)"
Akcję rozpoczęta przez "Gońca Krakowskiego", wspólnie z "Gońcem Wieczornym", żywo poruszyła społeczeństwo w Krakowa. Napłyneło do redakcji wiele listów w tej sprawie. Były propozycję, aby płytę złożyć na Wawelu, przed Uniwersytetem Jagielońskim przy "Dębie Wolności", u stóp pomnika Grunwaldzkiego. Proponowano termin 15 sierpnia, albo koniec października - w rocznicę wyzwolenia ziem polskich spod jarzma zaborców. Przy tej okazji przypomniano, że już dwa lata wcześniej prezes Akademii Umiejętności K.Morawski proponował wzniesienie Grobu Nieznanego Żołnierza na Wawelu. W takiej rozgorączkowanej atmosferze Kraków został zaskoczony wiadomością, że w nocy z 13 na 14 czerwca, na skwerze, na placu Matejki, przed pomnikiem Grunwaldzkim zostanie złożona przez nieznanego ofiarodawcę płyta z piaskowca z wyrytym na niej napisem: NIEZNANEMU ŻOŁNIERZOWI POLSKIEMU POLEGŁEMU ZA OJCZYZNĘ 1914-1920

Już z samego rana wieńce z biało-czerwonych kwiatów, przepasane szarfami o barwach narodowych, złożyły redakcje "Ilustrowanego Kuriera Codziennego", "Nowej Reformy", "Światowida", a wojsko zaciągneło przy płycie wartę honorową. Tegoż dnia, w niedzielne popołudnie, odbyła się przy płycie Nieznanego Żołnierza manifestacja mieszkańców Krakowa. Przybyli przedstawiciele władz miejskich i wielu instytucji, organizacje społeczne i rzesze mieszkańców. Stawiła się na uroczystość także organizacja policyjna i chór "Lutnia Robotnicza". Jeden z mówców, były oficer Legionów, rzucił myśl, by pod płytą złożyć prochy bezimiennego bohatera poległego w walce o niepodległość Polski. Uroczystość zakończyła się odśpiewaniem "Roty". Zasada anonimowości fundatora płyty była na ogół zachowywana, ale zdarzyło się, że któryś z dzienników robił w tej zasadzie wyłom. Stało się tak w przypadku Krakowa. W niedługim czasie od tego wydarzenia "Naprzód" z dnia 17 czerwca doniósł, że fundatorem płyty Nieznanego Żołnierza w Krakowie jest redaktor naczelny koncernu prasowego IKC, poseł na sejm Marian Dąbrowski. Otoczenie płyty Nieznanego Żołnierza zostało wkrótce przez Ogrodnictwo Miejskie uporządkowane i ozdobione zielenią. Dbałość tę okazywano i przez lata następne. Tymczasem zawiązał się komitet sprowadzania prochów nieznanego żołnierza, które miały spocząć pod płytą na placu Matejki: rozważano wybór pobojowiska. Uznano, że wbrew wzorowi warszawskiemu nie powinno się dokonywać losowania: Kraków powinien uczcić poległych żołnierzy polskich, którzy "z murów krakowskich wyszli, którzy z ziemią krakowską są związani". Wybór padł na pobojowisko Dytiatyn pod Haliczem, gdzie w walce poległo wielu krakowian 13 Pułku Piechoty i Podhalan 4 baterii 1 Pułku Artylerii Górskiej. Do realizacji tego zamierzenia nie doszło, a przyczyny nie podano do publicznej wiadomości. Być może miało na to wpływ zarządzenie ministra spraw wojskowych nakazujące zaniechania lokalnego składania czci Nieznanemu Żołnierzowi, gdyż w tym celu, w imieniu całego narodu, urządzany był Grób Nieznanego Żołnierza w Warszawie.

Płytę Nieznanego Żołnierza na placu Matejki nieustannie zdobiły wieńce i kwiaty składane przy różnych okazjach przez delegacje organizacji społecznych. 15 lipca 1928 roku obchodzono 515 rocznicę zwycięskiej Bitwy pod Grunwaldem. Po uroczystym nabożeństwie w Kościele Mariackim mieszkańcy Krakowa udali się w pochodziena plac Matejki, gdzie po okolicznościowych przemówieniach złożyli wieńce zwycięskiemu któlowi, a następnie na płycie Nieznanego Żołnierza.

Płyta przetrwała w tym miejscu aż do 1976 roku, podczas gdy pomnik Grunwaldzki został przez niemieckiego okupanta całkowicie zniszczony. W okresie międzywojennym zmieniało się nieznacznie, co jakiś czas tylko, otoczenie płyty. Zmiany zasadnicze postaci tego miejsca pamięci narodowej nastąpiły w okresie powojennym. Towarzyszyły im uroczystości z udziałem władz państwowych i miejskich. Odbywały się one - zgodnie z powszechną zasadą - w dniach świąt państwowych. Pierwsza po II wojnie światowej taka uroczystość odbyła się 9 maja 1946 roku. W przeddzień Święta Zwycięstwa o godzinie 19.00 odbył się uroczysty apel poległych, po czym złożono na płycie wieńce. 9 maja po południu, odbyła się defilada wojskowa, pochód organizacji młodzieżowych i społecznych, a także defilada eskadr lotnictwa bojowego Wojska Polskiego. Dość znaczna zmiana kształtu Grobu Nieznanego Żołnierza, nastapiła w lipcu 1946 roku, gdy u wezgłowia płyty został ustawiony na kamiennej podstawie trzymetrowej wysokości metalowy cokół, unoszący urnę z ziemią z pobojowisk nad Nysą, Odrą i Bałtykiem. Urnę wieńczył wizerunek orła. Nastąpiło to w związku z obchodami Święta Odrodzenia Polski. 20 lipca delegacja jednostek Wojska Polskiego stacjonujących na Ziemiach Zachodnich i przedstawiciele tamtejszych Rad Narodowych zabrali ziemię z pól bitewnych nad Nysą, Odrą i pod Kołobrzegiem, a następnie przywieźli ją samolotem do Krakowa w hełmach żołnierskich znalezionych na tych pobojowiskach. W dniu 22 lipca uroczystości rozpoczeły się w Królewskiej Katedrze na Wawelu. Podczas uroczystego nabożeństwa, odprawionego przez ks.kardynała Adama Sapiechę, poświęcony został sztandar ufundowany przez społeczeństwo Krakowa i ofiarowany 16 Kołobrzeskiemu Pułkowi Piechoty. Przy dźwiękach hymnu narodowego gen.K.Więckowski udekorował sztandar orderem Virtuti Militari. Następnie dokonano uroczystego zsypania do urny ziemi przywiezionej z trzech symbolicznych pobojowisk. W urnie został umieszczony akt o następującej treści : "Odrodzone Wojsko Polskie, żołnierskim trudem i krwią przywróciło Macierzy prastare ziemie polskie: Bałtyk, Odrę i Nysę. Na wieczną rzeczy pamiątkę w dniu Święta Odrodzenia Polski złożono w tej urnie ziemię, przesiąkniętą krwią walecznych synów Ojczyzny, jako dokument nierozerwalnej łączności tych ziem z Macierzą i jako dowód, że żołnierz polski stać będzie na ich straży". Na dokumencie złożyli podpisy: wojewoda, dowódca okręgu wojskowego i prezydent miasta Krakowa. Po złożeniu - w krypcie na Wawelu - wieńca na sarkofagu zwycięskiego króla Władysława Jagiełły, uformował się pochód, który ruszył na plac Matejki, gdzie na płycie Nieznanego Żołnierza złożono urnę z ziemią i wieniec.

Pomnik Grunwaldzki, fundacji Ignacego Jana Paderewskiego, autorstwa Antoniego Wiwulskiego, wzniesiony na placu Matejki w Krakowie w 1910 roku, w pięćsetną rocznicę zwycięskiej Bitwy pod Grunwaldem, podzielił podczas okupacji niemieckiej los wszystkich pomników patriotycznych w Polsce. Już zimą 1939 roku pomnik Grunwaldzki został przez niemieckiego okupanta z premedytacją doszczętnie zburzony. W kwietniu 1940 roku na placu nie pozostało po pomniku żadnego śladu. Nieliczne tylko jego fragmenty udało się z narażeniem życia wykraść i przechować przez okres okupacji. Myśl o rekonstrukcji pomnika Grunwaldzkiego zrodziła się natychmiast po wyzwoleniu Krakowa, lecz decyzja o jego odbudowie zapadła dopiero w 1972 roku. Z odbudową pomnika Grunwaldzkiego są ściśle związane dalsze dzieje Grobu Nieznanego Żołnierza. Historyczna płyta Nieznanego Żołnierza, wzbogacona w 1946 roku urną, miała bardzo skromną postać i mimo wielkiego ładunku emocjonalnego, historycznego nie spełniała wymagań jakim powinno odpowiadać miejsce pamięci narodowej, a na dodatek umieszczona została kiedyś w bezpośredniej bliskości ulicy Basztowej - dziś bardzo ruchliwej. Zatem z związku z rekonstrukcją pomnika Grunwaldzkiego postanowiono nadać symbolowi hołdu Nieznanemu Żołnierzowi postać okazałą, reprezentacyjną, umieścić go bezpośrednio przed pomnikiem, a plac Matejki przystosować do wymogów uroczystych obchodów i manifestacji. Podczas, gdy pomnik Grunwaldzki zrekonstruowany został w zasadzie w pierwotnej postaci, to Grobowi Nieznanego Żołnierza nadano formę zupełnie odmienną od poprzedniej. Tworzy go teraz okazała, masywna płyta z czarnego marmuru o kształcie kwadratu, lekko uniesiona ponad wyeksponowaną podstawę całego monumentu. Płytę wieńczy pełen ekspresji znicz, kształtem wyobrażający pękąjącą od wybuchu ziemię. W czeluści tak rozdartej ziemi jaśnieje migotliwy blask płomienia. Czołowa powierzchnia płyty nosi napis: "Nieznany Żołnierz". Na górnej powierzchni, wzdłuż czterech krawędzi znicza, wyryte są nazwy pól bitewnych polskiego żołnierza z okresu II wojny światowej.
WARSZAWA---TOBRUK---KUTNO
WESTERPLATTE---KOCK---ODRA---NYSA
MONTE CASINO---BERLIN---STUDZINAKI
KOŁOBRZEG---LENINO---NARWIK
Rekonstrukcję rzeźb figuralnych pomnika Grunwaldzkiego wykonał prof.Marian Konieczny, a kształt Grobu Nieznanego Żołnierza jest efektem wspólnej pracy prof. Wiktora Zina i prof. M. Koniecznego. Pierwotna, historyczna płyta Nieznanego Żołnierza, złożona na placu Matejki w 1925 rok, przechowywana jest obecnie w Muzeum Historycznym miasta Krakowa. Uroczyste odsłonięcie pomnika Grunwaldzkiego nastąpiło 16 października 1976 roku, ale już 11 października, w przeddzień Dnia Wojska Polskiego, na placu Matejki odbyła się pierwsza uroczystość. Urna z ziemią dawnego Grobu Nieznanego Żołnierza została ceremonialnie, przy wtórze werbli, przeniesiona na nowe miejsce i złożona pod czarną, marmurową płytą nowej jego postaci. Wreszcie, po pewnych perypetiach z ustawieniem na cokole figury którla Jagiełły, plac Matejki stał się 16 października miejscem wielkiej, patriotycznej manifestacji, podniosłej uroczystości odsłonięcia monunemtu. Uczestniczyło w niej ponad 50 tysięcy mieszkańców Krakowa oraz delegacje ze wszystkich województw i władze państwowe, miejskie, goście zagraniczni. Przy wtórze werbli do Grobu Nieznanego Żołnierza podchodziły kolejno delegacje z ziemią pobraną z pól bitewnych rozsianych po całym kraju: spod Grunwaldu, Cedyni, Głogowa, Helu, Westerplatte, Kocka, Siekierek, Góry św.Anny, Kołobrzegu, Warszawy... Ziemia uświęcona przelaną krwią polskiego żołnierza wypełniła urnę - symbol czci poległym za Polskę. W chwili odsłonięcia monumentu chwały dwóch epok oręża polskiego, nad Krakowem rozległy się majestatyczne dźwięki dzwonu Zygmunta z Królewskiej Kadetry na Wawelu.

"Okupacja - pierwsze dni. "

:: Artykuł pochodzi z magazynu kulturalnego "Kraków" Nr 3'86. Autor artykułu - Wincenty Bogdanowski.
Dr. Wincenty Bogdanowski (1894-1982) był w chwili wkroczenia Niemców do Krakowa na początku września 1939 r. wiceprezydentem miasta i pełnił tę funkcję aż do aresztowania go przez Gestapo i osadzenia w więzieniu Montelupich. Prawnik, absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego, żołnierz I wojny światowej, członek ruchu oporu ZWZ-AK. W okresie międzywojennym m.in. dyrektor Spółki Akc., do której należała Fabryka Porcelany w Ćmielowie, prezes RKS „Garbarnia” w Krakowie. Po II wojnie m.in. prezes Bractwa Kurkowego, prezes Zarządu Zrzeszenia Właścicieli Nieruchomości w Krakowie. Odznaczony wieloma odznaczeniami bojowymi i państwowymi. Nieznane dotąd szerzej wspomnienia dr. Bogdanowskiego publikujemy za zgodą rodziny Zmarłego.

I my w Krakowie, i chyba cały świat odczuwał niepokoje, a przecież nikt nie wierzył w tak nagły wybuch wojny

Dopiero (…) 15 sierpnia 1939 r. (…) zaczęliśmy rozumieć, że wojna wisi na włosku i należy się do niej przygotować. Wyszły nakazy kopania rowów i przygotowania schronów tak na skwerach miasta, jak i w każdym domu i uszczelnienia ich na wypadek wojny gazowej. Ogłoszono próbną mobilizację, a przecież nikt się jeszcze nie spodziewał, że wojna wybuchnie w najbliższych dniach. Wyjeżdżano na urlopy, spoglądając w stronę Warszawy, czy nie nadejdą stamtąd jakieś alarmujące wieści. Nic nie zdawało się wskazywać na to że, niektórzy nie będą już mogli wrócić z urlopów do domu, że wojna zastanie ich w drodze. Urlopowicze w Krynicy byli spokojni, gdyż bawił tam również ówczesny minister wojny, mniemano więc, że skoro on jest jeszcze w Krynicy, to wojna na razie nie grozi. Tymczasem wczesnym rankiem 1 września 1939 r. krakowianie posłyszeli huk przelatujących nad Krakowem samolotów i ja sam, wyleciawszy z moimi synami na balkon sądziłem, że to manewry naszej floty powietrznej. Zobaczywszy jednak na samolotach czarne krzyże, a niedługo potem pierwsze wybuchy bomb spadających na dworzec kolejowy i na ul. Szlak, nie mieliśmy już żadnych wątpliwości, że wojna się zaczęła. Nikt chyba w Krakowie nie przypuszczał, że wypadki wojenne tak szybko się potoczą, że już za parę dni Kraków wpadnie w ręce wroga. W przewidywaniu nadchodzącej burzy wojennej władze miasta zarządziły ukrycie pamiątek i dzieł sztuki, aby je zabezpieczyć przed wrogiem. Zdemontowano ołtarz Wita Stwosza i nocą w obecności ks. dr. Kulinowskiego, dra. Klimeckiego jako wiceprezydenta miasta, kustosza Muzeum Narodowego i mojej załadowano go na dwa spojone ze sobą galary i odesłano do Sandomierza, gdzie miał być ukryty w tamtejszym klasztorze. Zabezpieczono witraże w kościele Mariackim, wspaniały witraż – dzieło Wyspiańskiego w kościele O.O. Franciszkanów. Wszystko to odbywało się niby w głębokiej tajemnicy, lecz, jak się później okazało, i ona zaraz w pierwszych dniach okupacji przestała być tajemnicą.
***
I tak nadszedł tragiczny wrzesień 1939 r. Padły na Kraków pierwsze bomby i padł pierwszy człowiek zastrzelony z karabinu maszynowego nadlatującego samolotu. Piąta kolumna kryjąca się dotąd w zaułkach i zakamarkach miasta poczęła działać już jawnie, szerząc popłoch i zamieszanie. Puszczona przez nią pogłoska, że młodzi chłopcy będą pędzeni przez wroga jako osłona nacierającej piechoty, budziła niepokój, a nawet rozpacz u rodziców, gdyż należało młodzież tę wysłać w bezpieczne miejsce. Zaczęła się więc bezplanowa ewakuacja, a raczej ucieczka z miasta. Już w pierwszym dniu wojny pojawili się w Krakowie uchodźcy ze Śląska, którymi należało się zająć. W niedzielę, trzeciego września, ewakuowano z Krakowa wszystkie władze, ładowano na samochody akta, pieniądze, depozyty i wywożono je na wschód. Zapotrzebowanie na pojazdy było tak wielkie, że zarząd miasta musiał oddać do dyspozycji władz państwowych nawet śmieciarki. Panika, która ogarnęła wszystkich, była tak duża, że straż pożarna demontowała nawet beczkowozy, aby na nich wyjechać z miasta. Miasto zostało więc pozbawione nawet ochrony przeciwpożarowej, w całym Krakowie pozostał jedynie pluton straży. Więzienie „Pod Telegrafem” zapełniło się aresztowanymi, podejrzanymi o współpracę z wrogiem. Załadowano ich później do pociągów i wywieziono również na wschód, gdzie musiano z braku eskorty wypuścić. 4 września udałem się w godzinach rannych do magistratu, w celu zapoznania się z sytuacją na terenie zarządu miasta. Przed pałacem Larischa napotkałem dra. Klimeckiego, wiceprezydenta miasta, uganiającego się za pracownikami magistratu, aby ich zachęcić do powrotu do pracy. Od niego dowiedziałem się, że komisaryczny prezydent miasta, dr. Bolesław Czuchakowski na skutek zarządzeń ewakuacyjnych opuścił miasto, a wraz z nim większość urzędników miejskich. Trzeba więc było zorganizować pracę w zarządzie miejskim, gdyż miasto stanęło nie tylko wobec niebezpieczeństwa zbliżającego się wroga, ale nowych trudności spowodowanych wypadkami wojennymi. Należało zorganizować zaopatrzenie miasta w żywność, należało zorganizować bezpieczeństwo w mieście, a to na skutek ewakuacji policji. Oddziały wojskowe opuściły już miasto, a na miejscu pozostał jedynie pułkownik Madejski jako komendant miasta, który także zresztą opuścił – 5 września. Należało zająć się uchodźcami ze Śląska, ich umieszczeniem, wyżywieniem. Porozumiewawczy się z drem Klimeckim, objąłem w jego zastępstwie dowództwo OPLG, czyli ochronę przeciwlotniczą i gazową. Zorganizowawszy jako tako urzędowanie z pracowników, którzy zgłosili się do pracy, zwołaliśmy na wieczór 4 września posiedzenie rady miejskiej w celu naradzenia się, co należy w tej sytuacji począć, jakie powołać władze, mogące w sprawach niecierpiących zwłoki wydawać decyzję. Zwołani radni po krótkiej debacie uchwalili zamianowanie wiceprezydenta dra Stanisława Klimeckiego prezydentem miasta, mnie zaś wiceprezydentem. Z naszej inicjatywy powstał powołany Komitet Obywatelski, złożony z dwudziestu najpoważniejszych obywateli miasta. Weszli doń: Ks. Adam Sapieha, metropolita, prof. Stanisław Kutrzeba, prof. Ludwik Piotrowicz, prof. Stanisław Estreicher, prof. Ignacy Chrzanowski, prof. Emil Godlewski, prof. Władysław Konopczyński, prof. Kostanecki, prof. Tadeusz Kowalski, prof. Tadeusz Lehr-Spławiński, prof. Aleksander Oszacki, prof. Władysław Szafer, dr. Stanisław Klimecki, Eugeniusz Jakubowski, Rudolf Jędrzejowski, hr. Lasocki, ks. Jan Piwowarczyk, dr. Tadeusz Miksiewicz, Róża Lubieńska, i dr. Wincenty Bogdanowski. Komitet zebrał się w pałacu Biskupim, gdzie ukonstytuował się następująco: prezesem ks. metropolita Adam Sapiecha, wiceprezes prof. Stanisław Kutrzeba, skarbnik Rudolf Jędrzejowski, dyrektor Banku Związku Spółek Zarobkowych. Komitet powołał sekcję charytatywną z przewodniczącym prof. Godlewskim, sekcję finansową z przewodniczącym drem Janem Głaszewskim, naczelnikiem w Izbie Skarbowej w Krakowie, sekcję prasową z przewodniczącym ks. drem Janem Piwowarczykiem, któremu poruczono zorganizowanie i wydanie pisma pod nazwą „Dziennik Krakowski”. Pani Róży Lubieńskiej poruczono zorganizowanie natychmiast kuchen, gdzie potrzebujący a zwłaszcza uchodźcy, mogliby otrzymać gorącą strawę. Komitet nie posiadał jednak żadnych funduszy, zarząd zaś miasta nie mógł na cele Komitetu wyasygnować pieniędzy, gdyż gotówka z kas magistrackich została wywieziona zgodnie z nakazami ewakuacyjnymi, przeto na wniosek ks. metropolity zarządzono składkę, która natychmiast przyniosła znaczne rezultaty. Sam metropolita zaofiarował na ten cel znaczną gotówkę. Wróciwszy z posiedzenie Komitetu zajęliśmy się sprawami wewnętrznymi zarządu miejskiego. Staraliśmy się obsadzić pozostałymi pracownikami stanowiska opuszczone przez ewakuowanych, aby jako tako zmontować aparat administracyjny miasta. Trzeba zaznaczyć, że w Krakowie jedyną władzą był obecnie zarząd miejski, wszystkie bowiem urzędy państwowe opuściły Kraków i woźni poszczególnych urzędów przynosili do magistratu klucze od opuszczonych biur. Jak wspomniałem, pieniędzy w kasach magistratu nie było, gdyż cała gotówka, około 450 000 złotych, została wywieziona. W tym ciężkim położeniu finansowym pieniądze spadły nam jak z nieba. Zgłosił się bowiem do nas między innymi pracownik Banku Polskiego, oddając nam klucze od Banku. Oświadczył przy tym, że tresor bankowy jest otwarty i w tresorze zauważył jakąś jeszcze gotówkę. Udaliśmy się natychmiast z drem Klimeckim do banku i ku naszemu zdumieniu, ale i radości, znaleźliśmy kwotę sześciu milionów złotych. Gotówkę tę przewieźliśmy do kas magistratu, podejmując uchwały, jak należy korzystać z tak wielkiej, przypadkowo znalezionej gotówki. Uchwaliliśmy wypłacać wszystkim pozostałym pracownikom miejskim dwumiesięczne pobory. Zaczęliśmy regulować rachunki dostawców, którzy zgłaszali się z zaległymi sprawami. Przekazaliśmy Uniwersytetowi Jagiellońskiemu kwotę pół miliona złotych na wypłatę dla pracowników Uniwersytetu, gdyż Uniwersytet nie zdążył podjąć na 1 września funduszów na tę wypłatę. Milion złotych przekazaliśmy Banku Związku Spółek Zarobkowych w Krakowie dla sekcji finansowej na wypłatę rent i emerytur wszystkim rencistom i emerytom, którzy zgłoszą się do Komitetu obojętnie czy będą to krakowianie, czy też uchodźcy ze Śląska. Podzieliliśmy się z Klimeckim naszą pracą w Zarządzie Miejskim. Klimecki objął decernat nad wszystkimi wydziałami, ja zaś nad zakładami miejskimi. Należało uruchomić rozpoczęte prace drogowe, kanalizacyjne i wodociągowe, dokończyć budowy trasy tramwajowej przez ulicę Wybickiego, dziś 18 Stycznia. Dokończyć prace przy budowie Muzeum Narodowego przy ul. Wolskiej, kończyć prace przy budowie pieca w gazowni miejskiej oraz wypłacić wykonawcom ich należność. Po odbyciu więc narady ze wszystkimi kierownikami działów praca zaczęła iść normalnym torem, mimo że z frontu wojennego zaczęły dochodzić alarmujące wieści o zbliżaniu się nieprzyjaciela. Aby zapewnić możliwe warunki pracy dla wszystkich zakładów, poleciłem uruchomić w większych, jak gazownia, elektrownia, Zakład Czyszczenia Miasta, konsumy, w którym pracownicy mogli zaopatrywać się w najniezbędniejsze artykuły żywnościowe. Komitet Obywatelski powołał również do życia Milicję Obywatelską, której komendantem został dr. Stefan Kuhn. Mogę stwierdzić, że społeczeństwo, do którego Komitet zwrócił się z apelem ogłoszonym na afiszach i w nowo utworzonej gazecie, zdało egzamin ze swej karności, gdyż jak zameldował komendant milicji, w czasie, gdy nie było żadnej władzy w mieście, milicja nie interweniowała w żadnym wypadku. Tymczasem wróg zbliżał się, słychać już było pomruk armat i należało spodziewać się, że w krótkim czasie stanie przed murami miasta. W tej tak niebezpiecznej sytuacji zwołano do pałacu Larischa znaczniejszych obywateli miasta, aby zastanowić się nad wytworzoną sytuacją. Na zebraniu poruszano jedynie problem, czy Kraków ma być broniony, czy też należy ogłosić go miastem otwartym. Dyskusja przeciągała się i większość zebranych była zdania, że Krakowa należy bronić. Na zebranie przybył również generał tzw. wówczas brygady śląskiej, nazwiskiem, o ile mnie pamięć nie myli, Mańkowski. Nie zabierał głosu. W Krakowie nie było już żadnej załogi wojskowej. Jakie było położenie naszej armii stawiającej opór nieprzyjacielowi, nie wiedział nikt. Zapytałem się więc generała, czy w razie gdyby zdecydowano bronić Krakowa, byłyby szanse zatrzymania wroga na linii Wisły, aby w międzyczasie utworzyć linię oporu, powiedzmy, na Dunajcu. Generał oświadczył, że w tej sytuacji jaka jest obecnie, nic mu nie wiadomo, jakie są dalsze plany sztabu generalnego, i jego zdaniem nie należy liczyć na utworzenie jakiegoś stałego frontu. Po tym oświadczeniu zebrani około godziny drugiej rano 6 września uchwalili ogłosić Kraków miastem otwartym. Z zebrania tego wyszliśmy razem z Klimeckim i wsiadłszy do samochodu, wyjechaliśmy za miasto, aby na miejscach z dala widocznych jak Bielany, Kopiec Krakusa itp., zatknąć białe chorągiewki na znak, że miasto nie będzie bronione. Wróciliśmy do Rynku, gdy z wieży Mariackiej zegar zaczął wybijać godzinę szóstą. Stanęliśmy pod Sukiennicami, pragnąc doczekać doczekać się otwarcia kawiarni. Wtem usłyszeliśmy strzał od strony Podgórza. Strzały zaczęły się powtarzać, więc Klimecki zostawił mnie, abym dopilnował otwarcia kawiarni, sam zaś pojechał w kierunku Podgórza stwierdzić, co oznaczały powtarzające się strzały. Upłynęło niespełna czterdzieści minut, gdy Klimecki powrócił niezmiernie blady i w krótkich słowach poinformował mnie, co widział. „Gdy pojechałem na most im. Piłsudzkiego od ulicy Stradom i Krakowskiej- powitał mnie strzał z pistoletu. Z okna samochodu wywiesiłem chusteczkę do nosa, pragnąc dać znak, że przyjechałem w pokojowych zamiarach. Podszedł do mnie oficer niemiecki, zapytując, kto jestem i czego sobie życzę. Odpowiedziałem, że jestem prezydentem miasta i że Kraków nie ma żadnej jednostki wojskowej. Kraków jest więc miastem otwartym. Wyszedłem z aut, a napotkany oficer zaprowadził mnie do dowódcy straży przedniej armii niemieckiej, pułkownika Vau. Nastąpiło to samo pytanie z jego strony i ta sama odpowiedź z mojej. Dowódca przedniej straży uprzedził mnie, że odpowiadam głową za prawdziwość mojego oświadczenia, i wydał polecenie, aby prezydium miasta oczekiwało go punktualnie o godzinie dziesiątej w sali rady miejskiej. Wydał widocznie odpowiednie rozkazy swoim oddziałom, gdyż zobaczyłem wystrzelenie rakiety, prawdopodobnie jako znak odwołania natarcia na miasto”. Punktualnie o godzinie dziewiątej zjawił się z dwoma adiutantami w sali rady miejskiej i oświadczył, że obejmuje miasto w imieniu Rzeszy Niemieckiej. Zarząd zaś miasta pozostawia nadal w naszych rękach aż do chwili przybycia niemieckiego burmistrza. Tak się odbyło przyjęcie na ratuszu niemieckich okupantów. Przytaczam tu dosłownie ten akt przejęcia miasta przez Niemców, dlatego, że po wojnie rozeszły się pogłoski, jakobyśmy witali Niemców chlebem i solą. To oszczerstwo godzące w dobre imię dra Klimeckiego, zdementowałem w moim odczycie wygłoszonym w gmachu Akademii Nauk w marcu 1947 roku. Dla nas więc byłoby korzystniejszym, odejść natychmiast i oddać Zarząd Miasta okupantowi, przecież jednak te kilkadziesiąt dni, przez które pełniliśmy dotychczasowe nasze funkcję, były pożytkiem dla miasta. Wprawdzie otrzymaliśmy już opiekuna niemieckiego, ten jednak nie wtrącał się do urzędowania, co pozwalało nam jeszcze uregulować pewne pilne sprawy.

Kończyliśmy kamienną elewację Muzeum Narodowego, prowadziliśmy dalej linię tramwajową w kierunku Bronowic, a po rozmowie i uzgodnieniu z artystami Teatru im. J. Słowackiego uruchomiliśmy przestawienie w tym teatrze. Pragnę wyjaśnić dlaczego mimo tragicznej dla narodu sytuacji, zgodziliśmy się na urządzenie przedstawień w Teatrze Miejskim. W myśl bowiem umowy z Zarządem Miasta artyści Teatru mieli zagwarantowaną wypłatę połowy swojego wynagrodzenia, drugą zaś mieli pobierać z nadwyżek przychodu nad rozchodami teatru. Przedstawienia odbywały się codziennie aż do 23 września, a więc do dnia, w którym Zarząd Miasta przekazywałem niemieckiemu burmistrzowi. Przez cały czas wystawiano sztukę „Krakowiacy i Górale”. Cieszyła się ona znacznym powodzeniem u publiczności niemieckiej, gdyż ludność polska do teatru nie przychodziła. W dniu 6 września 1939 r. Kraków przeszedł pod władzę okupacyjną. Już na drugi dzień zjawił się w moim biurze major wojsk niemieckich z żądaniem ogłoszenia obowiązku wszystkich mieszkańców miasta do oddawania broni i złożenia jej na podwórzu magistratu. Równocześnie zażądał, aby miasto dało zakładników złożonych z poszczególnych warstw ludności, którzy stanowili by rękojmię, że w czasie defilady wojsk niemieckich przez miasto, nie wydarzą się jakieś sabotaże. Zakładnikami nie mogli być Żydzi. Spis zakładników miałem mu doręczyć do godziny szesnastej. Zwołaliśmy więc do gabinetu prezydenta miasta Komitet Obywatelski w celu naradzenia się i wytypowania nazwisk zakładników. Przybyli wszyscy członkowie Komitetu z wyjątkiem ks. metropolity, którym przedstawiłem żądanie okupanta. Obrady były burzliwe, chodziło przecież o rzecz tak wielką jak ludzkie życie. Podniosły się między innymi głosy :”Niech rada miejska da swoje głowy !”. Obrady przeciągały się, a Komitet nie powziął żadnej decyzji w tej sprawie. Gdy minęła wyznaczona godzina na oddanie spisu zakładników, zjawił się wspomniany major i widząc, że nie możemy dojść do porozumienia, wydał rozkaz, że wszyscy obecni z wyjątkiem p. Łubieńskiej jako kobiety stają się zakładnikami. Nikomu nie wolno było opuszczać miejsca zebrania. Nastała cisza – zaobserwowałem, jak pot zrosił twarze wszystkich zebranych. Ponieważ miałem polecenie ogłosić w prasie i afiszach o obowiązku oddania broni, więc zwróciłem się do naszego prześladowcy i zapytałem jak mam wykonać rozkaz, skoro jestem uwięziony. Otrzymałem dyspozycję, że mogę wychodzić i załatwiać tak ważne sprawy. Gdy zaś oświadczyłem ze sam nie podołam wykonać jego poleceń, pozwolił mi wybrać jednego z obecnych do pomocy. Wybrałem młodego radnego ze Stronnictwa Narodowego dra Surzyckiego, syna profesora Wyższej Szkoły Rolniczej, którego uprosiłem, aby natychmiast udał się do domów uwięzionych zakładników i pod pozorem, że przyszedł po okrycia dla nich, gdyż przedłużą się nasze obrady, w ten sposób uspokoił rodziny. Na szczęście około godziny dziesiątej wieczór ponownie zjawił się wśród nas wspomniany major z oświadczeniem, że jesteśmy wolni, gdyż defilada wojsk odbyła się w zupełnym spokoju. Zaraz po wydrukowaniu i rozlepieniu afiszy o oddawaniu broni tłumy mieszkańców obładowanych różnymi jej gatunkami płynęły w kierunku magistratu, aby zdać niebezpieczny przedmiot, którego ukrycie groziło śmiercią. Jak ludzie byli zastraszeni, można było zauważyć obserwując oddawanie starej broni siecznej, pamiątkowej, nie mającej już żadnego praktycznego znaczenia (…) Moje biuro znajdowało się w narożniku magistratu, skąd okna wychodziły na pomnik dra Dietla. Ktokolwiek z obcych przychodził do prezydium, wchodził do mnie, gdyż biuro moje było niejako po drodze, a biuro dra Klimeckiego jako prezydenta mieściło się w głębi długiego korytarza. Przychodzili więc do mnie i cywilni Niemcy w sprawach mieszkaniowych, przychodzili już pierwsi gestapowcy z żądaniem podania adresów siedziby stronnictw politycznych, lokali komisariatów policyjnych itp. Przeważnie odpowiadałem, że nie jestem zawodowym burmistrzem, więc na pewne pytania nie mogę dać odpowiedzi, co się zaś tyczy adresów, to mogą je znaleźć w książce telefonicznej, gdyż nie jest to u nas żadną tajemnicą. Szczególnie interesował ich adres Związku Zachodniego i jego prezesa. Nie dałem im na to odpowiedzi, co spowodowało groźby pod moim adresem. Kraków był zaciemniony, gdyż taki rozkaz wydały jeszcze władze polskie i Niemcy utrzymali go w mocy. (…) W mieście zaczęła się rabunkowa konfiskata mienia żydowskiego. Opróżniano sklepy, magazyny, ładowano towary na auta ciężarowe i wysyłano w głąb Rzeszy. Opróżniano także mieszkania żydowskie i oddawano je przybyłym urzędnikom niemieckim. Fale uchodźców płynące w chwili wybuchu wojny z zachodu na wschód, obecnie płynęły już zmizerowane, niejednokrotnie pozbawione bydła i sprzętu, z powrotem do swych niedawno opuszczonych siedzib. Na trzeci dzień po wkroczeniu Niemców do Krakowa przybył do mojego biura wyższy oficer gestapo z zapytaniem, co się stało z Ołtarzem Wita Stwosza, oraz ze skarbami wawelskimi. Odpowiedziałem, że jestem tylko przypadkowym burmistrzem i to dopiero od kilku dni, więc informacji tych mógłbym mu udzielić tylko prezydent miasta, który je opuścił zgodnie z nakazami mobilizacyjnymi. Na to tenże gestapowiec oświadczył mi z uśmiechem, że jemu jest już wiadomym, gdzie znajduje się ołtarz, a mianowicie, że wysłano go galarami do Sandomierza i tam został odnaleziony. Kto mógł w tak krótkim czasie zdradzić naszą tajemnicę, do dziś nie wiadomo. Co do skarbów wawelskich, nie dał mi Niemiec żadnych wiadomości, miałem więc nadzieję, że zostaną uratowane. A los ich był niepewny, skoro przy ewakuacji władz i urzędów z Krakowa kustoszowi tych zbiorów nie przydzielono żadnych środków lokomocji. Dopiero w ostatnim dniu przed wkroczeniem Niemców udało mi się przyłapać w Zakładzie Czyszczenia Miasta dwie śmieciarki, które oddałem do dyspozycji kustoszowi zbiorów wawelskich. Zbiory zostały przewiezione z Wawelu, załadowane na galary i popłynęły Wisłą, o ile się nie mylę do Wawrzeńczyc, gdzie miały być przeładowane na autobus, który miał tam czekać na ich przybycie. Podobno autobus się spóźnił, niemniej jednak na czas dojechał, by zabrać zbiory i przesłać je do miejsca przeznaczenia. Mając liczne zajęcia nie mogłem bliżej interesować się tym, co się działo na terenie miasta. Doszło do pierwszych aresztowań. Zaaresztowano byłego prezydenta miasta, inż. Rollego, inż. Dudeka i innych, których umieszczono w więzieniu przy ul. Montelupich. Według żądań gestapo miasto musiało wziąć na siebie obowiązek żywienia aresztowanych. Zawarłem więc przez siostrę Emilię umowę z S.S. Szarytkami, które zobowiązały się do dostarczenia wyżywienia aresztowanym. Koszty wyżywienia ustaliliśmy po 90 groszy na osobę, przy obowiązku dostarczenia siostrom reglamentowanych środków żywności. Z kuchni tej korzystały przez kilka lat tysiące więźniów, a i ja sam miałem w przyszłości z niej korzystać, będąc więźniem gestapo. Siostra Emilia już dziś, gdy to piszę, nie żyję, wspominam ją jednak zawsze z wielką czcią, bo była jedną z tych cichych bohaterek, narażających się codziennie nie tylko na szykany, ale nieraz na śmierć. Wydając bowiem jedzenie straży, która przyjeżdżała samochodem, by je przewieźć na ul. Montelupich, przyjmowała tę straż dobrym poczęstunkiem i w tym czasie przekazywała grypsy więźniowi, który odbierał naczynia z jedzeniem. Takimi bohaterkami opiekującymi się więźniami były, dziś już także nie żyjące Różna Łubieńska i Zazułowa.

Dawano po wojnie wiele odznaczeń za różne czyny w czasie okupacji, lecz one otrzymały jedynie nagrodę niebieską na tamtym świecie. Byliśmy z drem Klimeckim zajęci całe dnie i właściwie żywiliśmy się herbatą i owocami, które przynosił nam pracujący jeszcze do dziś w prezydium Rady Narodowej m. Krakowa woźny – Jędrysik. W nawale pracy nie pomyśleliśmy nawet o pomocy, jaką mogliśmy mieć od obywateli miasta. Zaraz po ukonstytuowaniu się Komitetu Obywatelskiego zaczęli zgłaszać się do nas różni ludzie, ofiarujący pomoc. Między innymi zgłosił się do mnie Wojciech Kossak, zaś do Klimeckiego adwokat Tadeusz Miksiewicz i hr. Lasocki, były pełnomocny minister naszego rządu w Czechosłowacji. Tych dwóch mianowaliśmy łącznikami i poruczyliśmy im pewne funkcje. Dr Miksiewicz, którego później mianowaliśmy wiceprezydentem, jako najlepiej z nas władający językiem niemieckim, przejął obowiązek rozmów z władzami okupacyjnymi. Lasocki zaś podjął się interweniować w gestapo w sprawach aresztowanych. Przy tej funkcji i on stał się na parę dni więźniem gestapo. Wypuszczono go z ostrzeżeniem, że gdyby jeszcze raz przyszedł w sprawie aresztowanych, więcej z więzienia nie wyjdzie. Nie przestraszył się jednak i jeszcze niejednokrotnie interweniował na korzyść uwięzionych. Należało się zająć sprawą żydowską, niezwykle trudnym problemem z uwagi na to, że okupant nie przyjmował żadnej delegacji żydowskiej, a przecież musieliśmy zająć się tą ludnością i udzielić jej takiej pomocy, na jaką nas było stać. Wezwawszy do siebie przedstawicieli Żydów, mianowałem na ich życzenie dziesięciu członków kahału krakowskiego wraz z przewodniczącym, który miał zgłaszać się codziennie do mnie z przedstawionymi życzeniami tejże ludności.
***
Tak więc życie miasta wracało powoli do życia, na jakie pozwalali Niemcy. Jak się przedstawiała sytuacja aprowizacyjna Krakowa w chwili wkroczenia Niemców ? Panowała piękna słoneczna pogoda – polska złota jesień. Nie brakło więc normalnego zaopatrzenia, jedynie z cukrem były kłopoty. Uruchomiliśmy więc zespół kilku samochodów ciężarowych, które wysyłaliśmy do cukrowni w Kazimierzy Wielkiej i na jakiś czas zaopatrzyliśmy Kraków w cukier. W międzyczasie przybyły do Krakowa pierwsze transporty jeńców wojennych. Kilkunastu wyższych oficerów, w tym generałów, umieszczono w wilii przy ul. Sobieskiego bocznej, a zarządowi miasta zlecono ich wyżywienie. Niestety pobyt ich w Krakowie trwał krótko, gdyż wywieziono ich na zachód do przygotowanych oflagów. Dr Miksiewicz zajął biuro między gabinetem Klimeckiego i moim. Było to chyba 11 września w godzinach popołudniowych, gdy wpadł do mnie mówiąc, że gestapo wyprowadza Klimeckiego. Gdy go zapytałem, zna powód aresztowania, oświadczył mi, że Klimeckiemu zarzuca się jakoby z jego powodu zamordowano pod Wawelem żołnierza niemieckiego – stało się to w czasie zaciemnienia miasta. Radził mi, abym się ukrył, gdyż „zapewne przyjdą i po pana, jako decernenta elektrowni i gazowni”. Pozostałem jednak w biurze i przez kilka dni byłem przygotowany na aresztowanie. Okazało się, że aresztowanie Klimeckiego miało inny powód, chodziło o usunięcie zawodowego prezydenta miasta, by na jego miejsce wprowadzić następcę, którego oni wyznaczą. Zaciemnienie nie mogło być powodem aresztowania, gdyż jak wspomniałem, dowódca garnizonu utrzymał to zarządzenie. Jako odwet za zastrzelenie żołnierza niemieckiego zaaresztowano pierwszych dziesięciu zakładników. W tej sprawie zgłosił się do mnie przewodniczący kahału i przyniósł zaświadczenie podpisane przez 60 Żydów na dowód, że żołnierz niemiecki został zastrzelony przez drugiego żołnierza w czasie sporu o dziewczynę. Gdy jednak udałem się z tym do niemieckiego majora Vanke, aby zwolniono zakładników jako niewinnych ludzi, Vanke oświadczył mi, że zaświadczenie podpisane przez Żydów nie ma żadnego znaczenia. Po aresztowaniu Klimeckiego cały ciężar prac w magistracie spadł na mnie i jakkolwiek sprawujący nade mną nadzór niemiecki urzędnik nie przeszkadzał mi w pracy, to tęskniłem za dniem, gdy będę mógł opuścić tak trudne i niebezpieczne stanowisko. Ucieszyłem się więc bardzo, gdy następnego dnia po aresztowaniu Klimeckiego przybył do mojego gabinetu nieznany mi starszy pan i przedstawił się jako dr. Twardowski, były minister pełnomocny rządu polskiego w Wiedniu. Oświadczył na wstępie, że został przywieziony przez Niemców do Krakowa, aby objąć stanowisko prezydenta miasta. Ucieszyłem się bardzo z tej wiadomości, oświadczając drowi Twardowskiemu, że z radością opuszczę ten urząd, tym bardziej, że oddaję go Polakowi. Radość moja była jednak przedwczesna, gdyż Twardowski wyjaśnił, że przybył do mnie tylko dlatego, aby prosić, bym pozostał na stanowisku wiceprezydenta, albowiem on nie ma żadnego doświadczenia w zarządzie miasta, a ponadto nie ma żadnych znajomości wśród tutejszego społeczeństwa. Po dłuższych namowach zgodziłem się na tę propozycję, lecz postawiłem dwa warunki; po pierwsze, że postara się o zwolnienie dra Klimeckiego, po drugie, że pozostanę na stanowisku wiceprezydenta tylko do 31 grudnia 1939 r. Warunki te Twardowski zaakceptował i przyrzekł zaraz przystąpić do starań o zwolnienie Klimeckiego. Na drugi dzień po tej rozmowie przybyło po mnie do domu wieczorem dwu oficerów, którzy zawieźli mnie do Hotelu Francuskiego. Byłem przekonany, że wiozą mnie na ul. Montelupich, więc znalazłszy się w hotelu, nabrałem przekonania, że nie jestem aresztowany, lecz chodzi prawdopodobnie o jakieś sprawy dotyczące Wermachtu. Po chwili oficer wprowadził mnie do gabinetu generała i wyszedł. Generał podszedłszy do mnie, ostrym tonem zapytał, jakim prawem pozwalam sobie na stawianie warunków Niemcom. Odpowiedziałem, że nie rozumiem o co chodzi, gdyż nigdy nie miałem sposobności stawiać warunków Wermachtowi. Gdy zaś powtórzył moją rozmowę z Twardowskim, oświadczyłem, że przecież Twardowski nie jest Niemcem, a tylko jemu postawiłem warunki, gdy mnie prosił o pozostanie na moim dotychczasowym stanowisku. Na tym skończyła się rozmowa, po której ci sami oficerowie odwieźli mnie do domu. Klimeckiego zwolniono z więzienia, lecz do pracy w magistracie już nie wrócił. Odtąd sam, z pomocą Miksiewicza, starałem się wykonywać obowiązki, aż nadszedł dzień 23 września 1939 r., kiedy to przybył do naszych biur dr. Zóórner, burmistrz miasta Drezna wraz z dwoma współpracownikami, którym miałem zdać urzędowanie i sprawozdanie z mojej działalności za czas, gdy miasto przeszło pod władzę okupanta. Nowego burmistrza Krakowa dra Zornera poznałem jeszcze przed wojną w czasie jego pobytu w Krakowie. Ta znajomość pomogła mi bardzo przy przekazywaniu agend miasta nowemu niemieckiemu Zarządowi. (…) Dwa dni trwało przekazywanie agend za czas naszego polskiego zarządu i po otrzymaniu absolutorium i oświadczeniu, że nowy zarząd nie ma do mnie żadnych pretensji, opuszczałem pałac Wielkopolskich. Dr Zorner objawiał chęć nawiązania stosunków z ludnością polską i zapytał mnie, w jaki sposób mógłby to zrobić. Zaproponowałem mu utworzenie rady przybocznej złożonej z przedstawicieli różnych warstw i zawodów w mieście. Na propozycję tę wyraził zgodę i prosił mnie o zaproponowanie składu przyszłej rady złożonej z dziesięciu osób. Oświadczyłem jednak drowi Zornerowi, że przedłożę mu spis kandydatów, lecz dopiero po uzgodnieniach z Komitetem Obywatelskim. Zwołany przez ks. metropolitę Sapiehę Komitet uznał na korzystne utworzenie rady przybocznej i jako swojego delegata do rady wyznaczył ks. dra Kuliga. Ze spisem kandydatów na członków rady przybocznej udałem się do dra Zornera, który zatwierdził skład rady mianując dra Juliusza Twardowskiego prezesem rady (Beiratu). Jak to się jednak u nas Polaków zdarza, że na trzech ludzi jest siedem zadań, tak i sprawa składu rady nie została definitywnie załatwiona. Znalazło się bowiem kilka osób, których nazwisk nie chcę tu wymieniać, a którzy udali się do Zornera z prośbą o powiększenie rady o dalszych dziesięciu członków. Na tę prośbę delegacji Zorner zgodził się i w ówczesnym piśmidle codziennym pod firmą „Goniec Krakowski” ogłoszono skład rady. W składzie znaleźli się m.in. dr Spohn, adwokat, i Bartosiewicz, właściciel restauracji „Pod Ratuszem”. Okazało się, jaki błąd popełnili starający się o powiększenie rady przybocznej, bo dr Spohn był volkdeutschem, zaś Bartosiewicz zgłosił się jako Ukrainiec. Mieliśmy więc na posiedzeniach dwie wtyczki, które uniemożliwiały swobodne obrady. Mieliśmy kilkakrotne przykłady, jak zachowywali się wspomniani dwaj zwolennicy Hitlera. Np. po zdobyciu przez Niemców Paryża dr Spohn wystąpił z wnioskiem na posiedzeniu rady, aby wyrazić hołd Hitlerowi za tak nadzwyczajne zwycięstwo strategiczne. Przewodniczący Twardowski oświadczył, że rada nie ma charakteru politycznego, więc takiego wniosku poddać pod głosowanie nie może i odracza zebranie. (…) Na dzień 6 listopada 1939 r. otrzymałem zaproszenie do wzięcia udziału w otwarciu Uniwersytetu Jagiellońskiego. Zaproszenie takie prócz profesorów otrzymał również dr Klimecki, który wziął udział w tej niemieckiej zdradzieckiej imprezie i został wraz z profesorami uwięziony i wywieziony. Ja zaś, który z zaproszenia nie skorzystałem, zostałem uwięziony 8 listopada 1939 r. (…)
***
Nie potrzebuję opisywać radości, jaka zapanowała w domu po moim powrocie przed świętami Bożego Narodzenia, i tu muszę podkreślić i wyrazić podziękowanie mojej najdroższej żonie, że poniosła tyle strapień a nawet poniżeń w czasie, gdy przynosiła mi do więzienia jakąś paczkę, ile kłopotu miała w domu, nie będąc pewna, czy mnie nie wyrzucą z naszego mieszkania, które znajdowało się w dzielnicy niemieckiej, mając zmartwienie, co zrobić z dziećmi. Wróciłem do moich obowiązków w biurze zakładów przemysłowych, których byłem dyrektorem, wróciłem również do pracy i w radzie przybocznej, gdzie tłumaczono moje zwolnienie zabiegami dra Zornera

"O starym cmentarzu Podgórskim."

:: Artykuł pochodzi z magazynu kulturalnego "Kraków" 1/21/89. Autor artykułu - Karolina Grodzka.
Nie trudno tu trafić: mur z szarych kamieni, stare drzewa i szeroka brama widoczne są z daleka. Usytuowany u zbiegu ulic Wielickiej i Inwalidów Wojennych (obecnie Limanowskiego) cmentarz ten od dawna zwany jest starym, w odróżnieniu od nowego cmentarza Podgórskiego, założonego w 1900 roku przy ul. Wapiennej. Jest to jeden z tych zabytków Krakowa, które w wyniku całkowitego zaniedbania i braku jakiejkolwiek opieki staną się niedługo tylko wspomnieniem. A szkoda, gdyż dzieje tego cmentarza ściśle wiążą się z historią miasta.
Na pochodzących z czasów przedrozbiorowych planach Krakowa i jego okolic na prawym brzegu Wisły naprzeciw Kazimierza widnieje jedynie most Wielicki i jego ufortyfikowany przyczółek, rozwidlające się tuż za nim trakty do Wieliczki i Kalwarii, kopiec Krakusa i Staw Królewski. Po wsi Czyżowa Wola, zniszczonej podczas potopu szwedzkiego, nie pozostał żaden ślad; z rzadka rozrzucone były jedynie stodółki, chaty rybackie i przydrożne zajazdy. W świetle postanowień traktatu rozbiorowego z 1772 r. granicę między Austrią a Polską wyznaczać miała Wisła, Austriacy interpretując to na swoją korzyść, uznali za obowiązującą linię demarkacyjną stare koryto rzeki i zajęli Kazimierz. Protesty i starania strony polskiej sprawiły, że w 1776 r. musieli przenieść się na właściwy, prawy brzeg Wisły. Planowana początkowo budowa nowego miasta na gruntach wsi Ludwinów nie doszła do skutku. Najdogodniejszym miejscem pod nową osadę okazały się tereny położone u stóp Góry Lasoty, w pobliżu mostu i składu solnego. Rozchodzące się z tego punktu drogi zyskały po rozbiorze kraju na znaczeniu politycznym: trakt wielicki prowadził dalej do Lwowa, zaś trakt kalwaryjski – do Wiednia. Tak więc władze austriackie zainstalowały się w pobliżu owego rozwidlenia dróg; w niedługim czasie wyrósł murowany dom komisarza cyrkularnego i komora celna. Nową osadę, leżącą u podnóża Góry Lasoty, potocznie nazwano Podgórzem. Dogodne położenie handlowe i komunikacyjne oraz przywileje, nadane osadzie przez cesarza Józefa II (patent kolonizacyjny z 17 IX 1781 r. oraz status wolnego miasta królewskiego od 1784 r.) zadecydowały o szybkim rozwoju Podgórza. W 1787 r. na dawnym pustkowiu istniało już 108 domów, w 1818 r. było ich 178. Szybko powstawały sklepy i składy towarów, a także pierwsze zakłady przemysłowe: nowoczesne kamieniołomy, wapienniki, cegielnie, młyny parowe, wreszcie fabryki wyrobów żelaznych. Rosła liczba mieszkańców miasta, którzy zachęceni ulgami podatkowymi i innymi przywilejami przybywali z różnych stron monarchii austro-węgierskiej. W 1822 r. Podgórze liczyło ok. 1900 mieszkańców, w 1857 r. – 2987, w 1880 r. – 7672, by wreszcie w 1900 r. przekroczyć 18 000 osób. Nosząca wezwanie św. Józefa parafia podgórska powstała dopiero w 1817 r. wcześniej jej funkcje sprawowała częściowo kaplica św. Bartłomieja w Ludwinowie. W 1832 r. ukończono budowę kościoła parafialnego, bardzo zresztą nieciekawego pod względem architektonicznym, który w początku naszego stulecia zastąpił obecny kościół projektowany przez Jana Sas-Zubrzyckiego. Cmentarz Podgórski musiał jednak, siłą rzeczy, istnieć nieomal od chwili powstania osady. Stanisław Cyrankiewicz, autor wydanego w 1908 roku „Przewodnika po cmentarzach w Krakowa, Podgórza i Zwierzyńca” twierdził, że początkowo mieszkańcy Podgórza chowali swych umarłych na cmentarzu w Ludwinowie, położonym przy drodze do Zakrzówka. W czasach Cyrankiewicza cmentarz ten już od dawna nie istniał. Niewielki wiejski cmentarzyk w Ludwinowie nie mógł jednak długo służyć mieszkańcom szybko rozwijającego się Podgórza. Cyfry z ksiąg zmarłych ( w 1785 r. – 42 osoby, w 1786 - 54, w 1787 – 41) dowodzą, że oddzielny cmentarz był miastu niezbędny. Dokładnej daty założenia cmentarza nie da się określić. Jego odległe od ówczesnej zabudowy położenie na gruntach o niewielkiej wartości świadczy, że przy wyznaczaniu miejsca przestrzegane był postanowienia dekretu Józefa II z 12 VIII 1784 r. Akt ten nakazywał natychmiastowe przeniesienie istniejących już cmentarzy poza tereny zamieszkałe i precyzyjnie określał, gdzie i w jaki sposób miały być zakładane nowe miejsca spoczynku. Ponieważ nie zachowały się księgi cmentarne, a archiwalia podgórskie są dla wczesnego okresu istnienia miasta nader ubogie, datę powstania cmentarza można ustalić jedynie w przybliżeniu. Pewną wskazówką służy tablica nagrobna, odnosząca się do piętnastoletniej Agnieszki Drelinkiewiczówny, zmarłej w 1794 roku. Wprawdzie jej grób nie zachował się w stanie oryginalnym, wydaje się jednak, że datę ową można przyjąć jako terminus quo ante założenia cmentarza, który byłby wobec tego starszy od cmentarza Rakowickiego. W źródłach miejskich Podgórza cmentarz występuje po raz pierwszy dopiero pod rokiem 1820, w aktach metryki gruntowej zwanej franciszkańską od imienia panującego wówczas cesarza Franciszka. Dokonywane wtedy pomiary były dość dokładne: według nich cmentarz liczył 1962 sążnie, co odpowiada około 7057 m2. Kolejne zapisy w wykazach parcel wskazują na stały wzrost powierzchni cmentarza, co było naturalną konsekwencją szybkiego zwiększania się liczby ludności Podgórza. W 1847 r. mierzył on 1 mórg i 1408 sążni – a więc ok. 10820 m2, a w 1896 r. osiągnął powierzchnię ok. 14597 m2. Przez długi czas cmentarz nie miał kaplicy; dopiero w 1886 r. miasto przejęło na własność zaniedbaną kaplicę grobową rodziny Zdzieńskich, gdzie po odnowieniu odprawiane były nabożeństwa. Znaczny wzrost liczby ludności Podgórza sprawił, że z końcem XIX w. cmentarz był już przepełniony, a jego położenie i pobliska zabudowa uniemożliwiały dalsze rozszerzenie. Wiosną 1897 r. specjalna komisja delegowana przez Radę Miasta Podgórza rozpoczęła poszukiwania odpowiednich gruntów pod nowy cmentarz. Zwrócono wówczas uwagę na tereny położone w pobliżu kopca Krakusa. W 1899 r. Rada Miejska uchwaliła ostatecznie założenie na tych właśnie gruntach nowego cmentarza w rozmiarach 6,5 morga, a więc ok. 37410 m2. Wyznaczony teren ogrodzono, wzniesiony został dom przedpogrzebowy połączony z kaplicą, uporządkowano dojście od ulicy Wapiennej i 17 IV 1900 r. dokonano poświęcenia. Ta data wyznacza jednocześnie zamknięcie przepełnionego już starego cmentarza: od tej pory można tam było dokonywać pochówków jedynie w istniejących murowanych grobach wieczystych. Jest to również początek stopniowego upadku, zaniedbania i dewastacji, jakie stały się odtąd udziałem tego miejsca. Podczas okupacji decyzją władz niemieckich znaczna część starego cmentarza zabrana została na potrzeby rozbudowywanej linii kolejowej. Nie zachowały się wprawdzie odnośne odpowiednie dokumenty i plany, jednak wielu mieszkańców Podgórza pamięta jeszcze niemieckie buldożery wyrównujące teren cmentarza. Jego rozmiar skurczył się wówczas z 14597 m2 do 9352 m2 bezpowrotnemu zniszczeniu uległa część substancji zabytkowej. W latach 70 – tych budowa dwupasmowej ulicy, zwanej wówczas Telewizyjną łączącej ulicę Wielicką z Matecznym i stanowiącej przedłużenie arterii prowadzącej z Nowej Huty spowodowała kolejne cięcie. Zabrano wówczas część cmentarza liczący 5544 m2, tak więc jego obecna powierzchnia wynosi 3809 m2. Zaangażowane w tę inwestycję przedsiębiorstwa oraz Miejskie Przedsiębiorstwo Usług Komunalnych planowały wprawdzie przeniesienie wszystkich grobów zidentyfikowanych a także dokładną rekonstrukcję wszelkich obiektów o wartości historycznej lub artystycznej, jednak już wstępne prace doprowadziły do zniszczenia wielu grobów zanim jeszcze przystąpiono do planowanej akcji. 16 XII 1975 r. stary cmentarz Podgórski – dotychczas będący własnością parafii św. Józefa – został ofiarowany przez proboszcza Józefa Barana na rzecz skarbu państwa. Jest więc od tej pory własnością miasta Krakowa – lecz choć uznany za obiekt zabytkowy, nie figuruje w rejestrze zabytków. Ściśle związany z dziejami Podgórza cmentarz ten, zachowany w całości, byłby wartościowym źródłem historycznym ukazującym charakter osadnictwa, napływanie ludności rzemieślniczej, kupieckiej i urzędniczej z różnych terenów monarchii habsburskiej, dzieje poszczególnych rodzin, wreszcie szybko przebiegające procesy polonizacyjne i wtapianie się przybyszów w polskie środowiska. Nawet niewielka zachowana część cmentarza daje o tym pewne pojęcie. Wśród nazwisk, jakie można jeszcze odczytać ze zniszczonych nagrobków, wiele jest niemieckich i czeskich. Dość wspomnieć dla przykładu Ebnerów, Follprechtów, Harnischów, Janków, Jarych, Lehnerów, Mortimerów, Schreierów, Schuchów czy Seelingów. Wszystkie odnoszące się do nich tablice mają tekst polski. W zachowanej części cmentarza jedynie trzy nagrobki opatrzone zostały niemieckimi epitafiami (Hermana Barucha, Elizabeth Panofki i rodziny Stracków). Wiele osób spoczywających na tym cmentarzu godnych jest pamięci. Na prawo od bramy znajduje się grób Edwarda Dębowskiego i 27 uczestników procesji, poległych na ulicach Podgórza 27 II 1846 r. O wydarzeniach tych, jak również o samym grobie będzie mowa poniżej. Znajdujący się w pobliżu nagrobek z jasnego piaskowca upamiętnia Michała Stojowskiego h. Jordan, zmarłego w 1840 r. Tablica wylicza jego tytuły: arcystolnik Królestwa Galicji i Lodomerii, c.k. podkomorzy i konsyliarz nadworny, nie wspomina jednak o najważniejszej zasłudze: Stojowski, który po III rozbiorze tłumaczył austriackie kodeksy prawne, jest słusznie uważany za jednego z twórców polskiego języka prawniczego. W górnej części cmentarza znajdują się groby rodzinne Seelingów, Serkowskich i Zollów. Spoczywają w nich trzej burmistrzowie Podgórza: radca skarbowy Ferdynand Seeling de Saulenfels (1800 – 1888), inżynier Emil Serkowski ( 1822 – 1900 ) oraz radca techniczny i nauczyciel budownictwa w Szkole Inżynierskiej w Krakowie Józef Chrystian Zoll (1803 – 1872 ). W grobowców Zollów spoczywa też jego syn Ludwik, zmarły 27 XII 1863 r. z ran odniesionych w powstaniu, student Uniwersytetu Jagiellońskiego. Nie sposób pominąć innych osób: Wojciecha Bednarskiego (1841-1914) wieloletniego kierownika szkoły w Podgórzu, organizatora i dyrektora Stowarzyszenia Pożyczkowego i założyciela pięknego parku noszącego obecnie jego imię; Feliksa Bojanowskiego (1815-1897), który zapisał ubogim Podgórza swój dom i znaczny kapitał; księdza Edwarda Serschenia (1822-1899) wieloletniego proboszcza parafii św. Józefa; Karola Wilczyńskiego (1802-1886) żołnierza w powstaniu listopadowym a następnie urzędnika miejskiego, czy też Franciszka Skoczyńskiego (ok. 1836-1900) uczestnika powstania styczniowego i działacza społecznego. Godna uwagi jest też postać Agnieszki Jałbrzykowskiej (1818-1902), która przez ponad 50 lat utrzymywała pensję żeńską w Podgórzu i w 1887 r. jako pierwsza (i przez długi czas jedyna) kobieta została uroczyście uznana za honorową obywatelkę miasta „za zasługi położone około długoletniego krzewienia oświaty”. Cmentarz Podgórski kojarzy się jednak przede wszystkim z wydarzeniami z 1846 r. i tragicznym finałem powstania krakowskiego. Zainicjowana przez Edwarda Dembowskiego procesja, która miała na celu zaagitowanie i przyciągnięcie mieszkańców wsi, u zbiegu ulicy Rękawka i Rynku Podgórskiego została rozbita przez oddziały austriackie. Zginęło wówczas 28 osób, między którymi był też nie rozpoznany Dembowski, dokonano wielu aresztowań. Opisujący powyższe wydarzenia ich naoczny obserwator, Józef Wawel-Louis, na podstawie zgromadzonych materiałów i relacji świadków zdołał ustalić 18 nazwisk poległych. Z czasem dołączono do nich także nazwisko Dembowskiego, choć przez długi czas wierzono, że zdołał uniknąć śmierci i ukrywał się, a nawet prowadził działania partyzanckie. O pozostałych osobach nie da się nic powiedzieć: zapis z księgi zmarłych parafii św. Józefa zawiera bowiem jedynie 8 nazwisk (pozostałych poległych zanotowano jako anonimowych), a więc jeszcze mniej, niż zestawił Wawel-Louis. Pogrzeb odbył się 1 III 1846 r., cicho i pośpiesznie pod czujnym okiem władz austriackich. Odprawił go ksiądz Józef Leśny, wikary parafii podgórskiej. Zaniepokojeni krążącymi pogłoskami Austriacy intensywnie poszukiwali Dembowskiego, wyznaczając za ujawnienie go sporą nagrodę. O skali i charakterze tych poszukiwań świadczy też makabryczny fakt, że w pierwszych dniach kwietnia (a więc pięć tygodni po procesji) mogiła poległych została rozkopana w obecności doprowadzonych specjalnie z aresztu 30 więźniów politycznych, uczestników powstania. Władze liczyły na identyfikację ofiar i definitywne orzeczenie o śmierci Dembowskiego; ani jedno ani drugie – ze względów oczywistych – nie było możliwe. Dopiero krótkotrwała odwilż Wiosny Ludów umożliwiła należyte uczczenie pamięci uczestników procesji. Inicjatorem manifestacji był Rudolf Chroszczewski, były porucznik armii austriackiej, stojący w dniach powstania na czele oddziału młodzieży krakowskiej. W procesji został ciężko ranny, poległ natomiast jego młodszy brat, student Uniwersytetu Jagiellońskiego Aleksander Chroszczewski. Pamięć o nim skłoniła Rudolfa do starań o uczczenie poległych; zamówił mszę w kościele św. Józefa w Podgórzu i wydrukował ozdobną klepsydrę, która w jego imieniu zapraszała krakowian na to nabożeństwo. Uroczysta msza odbyła się 8 IV 1848 r.: celebrowali ją księża Mateusz Solarski i Henryk Księgarski, również uczestnicy procesji. Kościół został starannie udekorowany. W jednej z ówczesnych gazet czytamy „Katafalk był ozdobiony w kwiaty, wieńce i godła wojenne powstańcze, na dwóch tarczach i ich podstawach były umieszczone nazwiska wiadome poległych. Dzieci miejscowych obywateli, z żałobne przepaski ubrane, trzymając wieńce męczeńskie, otaczały trumnę, obok umieszczono 4 chorągiewki narodowej barwy, dwie z napisem: ‘Wieczna pamięć poległym synom Ojczyzny w roku 1846’, dwie drugie zaś z orłami polskiemi.” Po nabożeństwie udano się na cmentarz: jedną z chorągwi stanowiących dekorację katafalku niesiono na czele pochodu. Przy grobie poległych wygłoszono przemówienia i odśpiewano pieśni żałobne. Poszczególne elementy dekoracji kościoła (czapkę wolności, szarfę i jedną z chorągwi) postanowiono złożyć – co ciekawe – w kościółku św. Bronisławy pod kopcem Kościuszki, „w godnej pamiątek narodowych świątyni”. Tak msza jak i uroczystość na cmentarzu zostały upamiętnione na dwóch rzadkich już dzisiaj litografiach. Uwagi organizatorów i uczestników manifestacji nie uszedł fatalny stan mogiły poległych: z zebranych wówczas składek wystawiony został – najprawdopodobniej jeszcze w 1848 r. – kamienny nagrobek. Umieszczono na nim tablic, która jak głosi ustna tradycja, została usunięta i zniszczona przez Austriaków. Być może miało to miejsce w latach 60 – tych, wiadomo bowiem skądinąd, że 2 III 1861 r. w miejscu śmierci Edwarda Dembowskiego oraz na cmentarzu Podgórskim odbyła się patriotyczna demonstracja młodzieży krakowskiej. Pomnik ten, mocno już zniszczony, został w 1936 r. zastąpiony nowym, wystawionym z inicjatywy podgórskiego oddziału Związku Legionów. W literaturze, prasie czy pamiętnikach cmentarz Podgórski występuje rzadko, znacznie rzadziej niż np. Rakowice. Mieszkańcy Podgórza mieli jednak pełną świadomość wyjątkowego charakteru tego miejsca. Dowodzi tego chociażby poniższa wypowiedź Emila Bobrowskiego z 1913 r.; który mówił: „można przywiązać się do Podgórza…, wspominać wypadki historyczne, które rozegrały się na Krzemionkach, jak uroczyste przyjęcie Jadwigi w roku 1384, jak śmierć Kostki Napierskiego w roku 1651, jak rozbicie procesji rewolucjonistów krakowskich przez wojska austriackie w roku 1846 i śmierć Edwarda Dembowskiego, zakłutego bagnetami przez żołdaków austriackich 27 lutego 1846 roku. I w naszą ziemię podgórską wsiąkała krew bohaterów, a cmentarz nasz kryje prochy bojowników wolności…”

Klasztor w Staniątkach

W 1914 roku, gdy wojska rosyjskie skupiły się nieopodal Niepołomic, większość mniszek schroniła się u starosądeckich klarysek. W opustoszałym klasztorze ksieni Hilaria Kazimiera Szczerbianka zorganizowała szpital wojskowy, zaprosiła też na odpoczynek i rehabilitację legionistów. Działalność szpitala przerwana została przez zmianę sytuacji na froncie austriacko-rosyjskim. 27 listopada 1914 roku „Rosjanie zajęli Staniątki (...). Rabowali (...) straszliwie. (...) Cały podworzec roił się od żołdactwa i chmary Kozaków, którzy zajęli stajnie, spichrze i stodoły, (...) a przed klasztorem urządzili sobie skład amunicji." Gdy po tygodniu rosyjskiej okupacji nastąpiła ofensywa austriacka, klasztor znalazł się w centrum działań wojennych. Wojska austriackie „w straszliwy sposób zaczęły ostrzeliwać z ciężkich dział całą okolicę, a dnia 8 grudnia rozpoczęło się już w szczególny sposób iście piekielne bombardowanie naszego klasztoru". Ostrzał ten spowodował śmierć dwóch jezuitów.
Źródło: Z dziejów klasztoru w Staniątkach